FOTOGRAFIA AMATORSKA
Zbigniew Wójcik
   STRONA GŁÓWNA      RADOM I OKOLICE RADOMIA (w promieniu do 100km)      Puławy - opis parku Czartoryskich wg Bolesława Prusa.
 
Puławy - łacha wiślana w Parku Czartoryskich.Puławy - opis parku Czartoryskich wg Bolesława Prusa.
W 1875 roku Bolesław Prus publikował w Kurierze Warszawskim zbiór felietonów i reportaży "Kartki z podróży". Były felietony i reportaże z odbytych przez niego wędrówek po kraju. 
 
     
 
Między innymi dzielił się wrażeniami z pobytu parku Czartoryskich w Puławach. Moją fotorelację ze spaceru po tym parku odbytego w 2019 roku pokazałem tu:  >Puławy - park Czartoryskich.  W tej fotorelacji powtarzam niektóre zdjęcia z poprzedniej, ale również zamieszczam wiele innych które są umieszczone w wybranych przeze mnie  fragmentach reportażu Bolesława Prusa - "Opis Ogrodu Instytuckiego"  A więc zaczynamy - od tego miejsca wszystko co jest napisane pochyłą białą czcionką napisał Bolesław Prus, polski pisarz, prozaik, nowelista, działacz społeczny i popularyzator turystyki pieszej i rowerowej.
===============================================================================================
 
Toteż kiedym po raz pierwszy wchodził w lipową aleję, ja, nieszczęsny reprezentant obmierzłego naturze gatunku, liście poczęły drżeć, struchlałe ptaki kryć się po najciemniejszych gęstwinach, a drobne muszki jęczeć mi nad uchem jak pogrzebowe dzwony zwiastujące śmierć i zagładę wszystkiemu, co się rusza.

Przed moim wejściem tu słońce świeciło jasno, rzucając na trawnik złote snopy, których liście drzew uchwycić nie zdążyły, ale gdym dotknął przeklętą stopą tej ziemi, znikły z niej jeziorka światłości i całą posadzkę alei powlókł jednostajny, popielaty cień niby krepa żałoby. Dopiero gdy przekonano się, żem nie jest łapacz motyli ani wybieracz pliszek, stare, doświadczone lipy zaszumiały w takt uspokajający, zaświergotały ptaki, na tle cieniu za szarzały półcienie, trysnęły potoki światła i cała aleja na chwilę skurczona ze strachu przeciągnęła się jak dobry człowiek, którego wschód słońca ze snu budzi.
 
W kwadrans później patrzono już na mnie bez gniewu, a dziś chodzę tu po wszystkich klombach, alejach i łąkach jak nieszkodliwa nikomu mrówka lub mszyca, na którą słońce zlewa część swych błogosławieństw i której kwiaty same podają słodką rosę litując się nad jej pragnieniem.
 
Aleja od szosy do pałacu ma kilkaset kroków długości. Obok niej na prawo widzisz ogrodzone płaskimi sztachetami pólko doświadczalne, nieco dalej nie ogrodzoną i dobrze zaniedbaną szkółkę młodych drzew. Za sztachetami znowu, na lewo znajduje się ogród owocowy pełen truskawek, malin, wiśni, jabłek, gruszek i śliwek, że nie wspomnę o morelach i brzoskwiniach, które tu były kiedyś. Sad ten dzierżawią Żydzi, owoców więc dostać można, jakkolwiek nie po najniższej cenie.
 
Tuż przed instytuckimi budowlami aleja przecina się z ulicą Lipową, wiodącą z miasta na Marynki i Włostowice. Przeszedłszy ją jesteśmy już na terytorium pałacowym. Zaraz na pierwszym kroku napotykamy oryginalność, mianowicie fosę murowaną, zabytek prawdopodobnie z tych czasów, kiedy na miejscu dzisiejszej akademii gospodarstwa wznosił się obronny zamek Sieniawskich. Fosa jest niedługa, lecz parę łokci głęboka; na końcach jej stoją murowane domki, przez środek zaś idzie mostek.
 
 Za fosą ciągnie się spory kwadratowy dziedziniec gęsto zasadzony lipami, pod którymi bawią się dzieci, i zasiany trawą, która wypasa zbytkujące kozy miejscowego pachciarza. Dobre te zwierzęta noszą kuse ogonki do góry, witają gości beczeniem, a niektóre z nich grzecznym panienkom z naszej kolonii dają buzi.
 
 
 
Następuje rząd sztachet okrągłych i wysokich jak lance ułańskie i brama, której skrzydła wiszą na dwu murowanych słupach. Słupy te słuszne, kwadratowe i żółte, zamiast daszków mają na szczytach śliczne, wyrobione z gipsu grupy dzieci podających sobie ręce do wstania lub zakładających hełm na głowę. Rzeźby owe, białe niegdyś jak śnieg, dziś poszarzały dzięki deszczom.
 
Weszliśmy na dziedziniec główny. Pałac jest zbudowany w formie podkowy. Front pałacu zwrócony prawie ku północy ma dwa piętra, skrzydła i oficyny po jednym. Przez całą długość korpusu środkowego, dwupiętrowego, idzie podsień wsparta na ośmiu kolumnach, a nad nią balkon z poręczą w piaskowcu wykutą.
 
 
Całość budowli ładna, pokryta żelaznym, na czerwono malowanym dachem, nad którym mnóstwo piorunochronów sterczy; szkoda tylko, że ściany gmachu od dawna zresztą barwią się na żółto, co im daje pozór czysto szpitalny, w części kryminalny. Prócz kilku lip, topoli włoskich, trawników, kęp bzu i pięknych okazów wierzby płaczącej, której żółte gałązki i jasnozielone listki zdają się całować ziemię, najpiękniejszą ozdobę dziedzińca stanowi prostokątna murowana sadzawka tej mniej więcej obszerności co kopiąca się obecnie w Ogrodzie Saskim w Warszawie.
 
 
 
Woda do niej przypływa ze wzgórz o parę wiorst od pałacu odległych i wycieka przez miedziane w łuki zgięte rury, zwane "wężami". Sadzawka za pomocą stosownych urządzeń zaopatrywała w wodę kilka lokali pałacu: łazienkę, pralnią i kuchnią.
 
 
Co pewną liczbę lat sadzawka oczyszcza się, a wówczas całą masę wody spuszczają do Wisły przez murowane kanały. Wiedzieć bowiem trzeba, że pałac tutejszy ma swoją autonomiczną, bardzo porządną kanalizacją, a jak dziś to i oświetlenie gazowe.
 
Niedawno nawet, dzięki rozbudzeniu się filozoficznej samodzielności stróża palącego w grubie gazowej fabryki, miała tu miejsce niewielka, taka sobie powiatowa eksplozja gazu, która na szczęście żadnych ważniejszych szkód nie sprawiła.
 
Poczciwy piecopał, dopóki był machiną i robił, co mu kazano, z roli swojej wywiązywał się cudownie i produkował gaz paradny.
 
Nagle ocknął się w nim umysł badający i wolna wola, począł tedy własną teorią stosować do palenia w piecu i kręcenia kurków i o mało gmachu w powietrze nie wysadził!
 
Prócz dzieł natury i sztuki dziedziniec ten upiększają jeszcze przedmioty naukowej doniosłości. Widzimy tu naprzód wielokątną drewnianą budę, podobną do studni klasztornej albo szałasu z wodą sodową.
 
Lecz sursum corda! jest to bowiem obserwatorium meteorologiczne, ozdobione na szczycie chorągiewką wietrzną, a od strony pałacu liczbami oznaczającymi stan barometru i termometru tudzież zegarem.
 
 
Warszawski Ogród Botaniczny bez porównania piękniejszy jest od tej dzielnicy, którą goście warszawscy odwiedzają rzadko i na krótko, zawracając czym prędzej ku angielskim schodom.
 
Jest to w połowie tunel, w połowie wąwozik, obmurowany cegłą, pomalowany na kolor krwi wołowej i wybrukowany.
 
 
Gdy idziesz tędy, kroki wydają dźwięk metaliczny, który kilka razy powtarza króciutkie, urywane echo. Wyjścia z angielskich schodów pilnują niewysokie słupy z popielatego marmuru tudzież ławka piaskowcowa, na której znać głębokie ślady ostrzenia kozików. Tu możemy odpocząć.
 
 
O parę kroków przed nami na pagórku ładnie wygiętym stoją, niby witające dawnych magnatów sługi, dwa potężne dęby, najdawniejsze i najtrwalsze pamiątki po książętach Czartoryskich. Drzewo to nie od razu rzuca się w oczy. Szybciej od niego rośnie i bez porównania wyżej konary wypuszcza sokora, zgrabniejszą jest topola wioska, foremniejszą - trójkątna jodła, milszą-okrągła lipa. Aby ocenić dąb należycie, trzeba go widzieć w wieku dojrzałym, rozpatrzyć szczegóły, zetknąć się z nim w różnych wypadkach.
 
Dąb nie jest wyciągniętym olbrzymem, ale krępym siłaczem. Pierwsze konary opuszcza prawie do ziemi, nie przerasta dobrze wyrośniętej lipy, lecz pień jego może mieć kilkanaście łokci w obwodzie. Gałęzi takie mnóstwo, że same tworzą gaj czy dach, pod którym tłum ludzi znaleźć może osłonę.
 
Grube, pogięte jak węże konary, mówią ci, że gdyby kiedyś rośliny otrzymały ruch samodzielny, on ruszałby się najżwawiej pomimo całego ogromu. A taka w nich siła, że na lada patyku uczepić się możesz i huśtać bezpiecznie. Ale wartość dębu występuje na jaw dopiero w czasie burzy. Kiedy sosny się gną, lipy trzeszczą, łyse sokory bez ceremonii walą ci gałęzie na kark kiedy strwożony zapominasz o pięknościach lasu i biadasz na zdradzieckich jego mieszkańców, wówczas sam tylko dąb bezpieczne ofiaruje ci schronienie.
 
Jego potężny, niewzruszony pień zasłania od wichru, stalowe konary pasują się z nim, liście odbijają strugi deszczu. Ponad świstem i sykiem krzaków, jękiem, skrzypieniem i kołataniem drzew góruje głos jego majestatyczny i huczący jak stłumione echo piorunów.
 
Widząc to, pojmujesz, dlaczego dąb nazwano królem lasów i zębatymi jego liśćmi wieńczono głowy bohaterów.
 
Ławka stoi pod lewą ścianą angielskich schodów; na prawej przed dziesięcioma laty jeszcze znajdowała się wielka piaskowcowa tablica z tym czterowierszem: "O wy, dęby, szelestnym powiewem odzowne, Młodniejące starością, siwym mchem szanowne, Sadził was własną ręką dla swojego syna Nestor nasz, późne plemię rodu Gedymina".
 
Mowa tu o jednym z książąt Czartoryskich, prawdopodobnie ojcu albo dziadzie Adama. Poniżej dębów leży sztuczna skała, wzniesiona już przez Instytut Gospodarstwa, a przeznaczona do pielęgnowania roślin między kamieniami żyjących. Na prawo od niej aż do muru granicznego ciągnie się ogród botaniczny, kwiatowy i cieplarnia. Przez całe lato zagony rzadkich roślin okrywano sieciami, które w dzieciach naszej kolonii obudziły podejrzenie, że ogrodnik tutejszy jest bardzo skąpy i w taki sposób kwiaty od zrywania zabezpiecza!
 
Wprost angielskich schodów już blisko łachy widnieje sześciokątny, murowany budynek-chińska altanka. Ma ona kształt pagody, dach z zadartymi krawędziami jak kapelusz mandaryna, na szczycie szpic a na nim rozpięty parasol.
 
Budowla ta, raczej dziwaczna niż ładna, posiada dwa wielkie okna, wysokie drzwi starannie zamknięte i służy obecnie do przechowywania ... kilku przyrządów rybackich!
 
 
Już to w Puławach jest dużo miejsca, tak dużo-że ludzie nie wiedzą, co z nim robić. Tymczasem zaś władza akademii rolniczej troska się o uplacowanie zawiązków muzeum krajowego, które przecież bezpiecznie mogłoby, zastąpić więcierze i różne inne pułapki na ryby. Cząstka ogrodu przylegająca do frontu chińskiej altanki jest dzielnicą kasztanów, najstarszych, najpiękniejszych i najliczniejszych w tym miejscu.
 
 
Pień jednego z nich wprost drzwi pagody służy za podstawę stołu, przy którym kilkanaście osób wygodnie pomieścić można. Przed laty kasztan ten formował altanę, a wielkie konary jego kruszące się pod brzemieniem wieku podtrzymywano za pomocą ram i klamer. Z tej zapewne racji ścięto go, choć starowina miał jeszcze tyle energii życiowej, że dziś korzenie jego nowe puszczają pędy. Parę ław znajdujących się tutaj chętnie zapełniali warszawiacy, w części przez pamięć na połatane blachą kasztany Saskiego Ogrodu, częścią dlatego, że chińska altanka była punktem zbornym dla osób udających się na "łąkę", kędy grano w piłkę i cerceau. Tu także przysłuchując się szelestowi palcowatych liści kasztanów pewien krytyk przez miesiąc dumał nad "siłami i środkami naszej sceny".
 
 
Łacha szeroka w całej długości na kilkadziesiąt kroków i głęboka na jakie pięterko, w tym miejscu zwęża się w rynsztoczek, do którego baby chodzą płukać bieliznę.
 
 
 W tym też miejscu o brzegu spadzistym, gęsto wierzbami obrosłym, kolonia warszawska przeprawiała się na piłkę. Początkowo przechodzono wodę po deszczułkach wąskich jak dłoń, w pośrodku kołkiem spojonych.
 
Na przyrząd ten przedstawiający nader wątpliwe gwarancje damy żadną miarą wstępować nie chciały i dopiero gdy powiedziano im, że przy przeprawie tego rodzaju doświadcza się oryginalnych wrażeń, najśmielsza weszła. Z brzegu zjechało się ślicznie jak saniami, ale na środku kładki odważna dama spostrzegła, że przejście jest niewygodne.
Niech się pani oprze na moim ręku z zupełną ufnością! - mówił rycerski przewodnik. Dama oparła się z zupełną ufnością i... runęła w wodę,tak że ze strachu aż drugi koniec kładki podskoczył.
Dziwny wypadek! -mruknął przewodnik. Ja się nawet nie zamaczałem. Po takim eksperymencie należało wymyśleć coś trwalszego. Jakoż całe towarzystwo, nie wyjmując kobiet, starców i dzieci, poczęło znosić suche gałązki i rzucać je na strugę. Uformował się stos, którego jamy i nierówności zasłonięte zielonymi witkami. Zgodnie z przepisami budowniczowie przeszli pierwsi, młodzież przeprowadziła damy, ich koszyczki, chusteczki i parasolki i tym sposobem zainaugurowano most prawie tak bezpieczny jak Nowy Zjazd przed restauracją.
 
 
 
Łąka formuje olbrzymi czworokąt zamknięty łachą, chmielnikiem, gajem i aleją wierzbową. Gładka jest jak posadzka, zielona jak szmaragd. Gdzie spojrzysz - pięknie, ale najpiękniej wygląda stąd pałac. Wyobraźcie sobie łachę osadzoną tatarakiem i wikliną, zasypaną okrągłymi liśćmi i żółtymi kwiatami lilii wodnych. Za łachą trawnik przecięty dwoma ścieżkami, a dalej zielony, czysty, kilkadziesiąt stóp wysoki wzgórek. Po obu stronach jego literalnie bałwanią się tłumy drzew, a na szczycie wznosi się korpus pałacu wyłożony szarawym piaskowcem.
 
 
Front ten bez drzwi i dwupiętrowy, ozdobiony wielkimi oknami, ma po bokach dwie wieże czworokątne, a na środku sześciokątną, wsuniętą w głąb gmachu tak, że tylko trzy jej ściany wybiegają naprzód. Wygląda to, jakby średniowieczny zamek tonął i rozpływał się w nowożytnym pałacu.
 
Ale zebrani nie przyszli tu delektować się krajobrazem. Już pod krzakami rozesłano szale, na których zasiadają damy poważne i otwarto koszyki, z których czerpią siły do dalszych trudów dzieci najwątlejsze.
 
Reszta tłumu rozbija się na dwie grupy, z których panie i kawalerowie kultywują c e r c e a u, mężowie zaś dojrzali grę w piłkę. Zabawa ożywia się bez względu na to, że pan X. podając kółko pannie Y. trafia nim w pana Z., a zmęczony jedzeniem Władzio odrzucając piłkę ojcu sam się przewraca.
 
 
 Nagle, jak bomby na oblegane miasto, spadają na rozbawiony tłum okrzyki:-Gdzie Mania?...-Gdzie Wandzia?...
Ojcowie, matki i pełna elegancji młodzież po całej łące szukają Mani i Wandzi, jakby panienki te były co najmniej konikami polnymi. W końcu wysłani w różne strony gońcy, donoszą, że Wandzia korzystając z ogólnego zamętu chciała wleźć na drzewo; Mania zaś, zamyśliwszy się, została na drugiej - stronie łachy.
 
Najpoważniejszy jednak niepokój w sercach rodziców budzi Staś prowadzący życie rozpasane i pełne przygód, między którymi nieporozumienia z władzą ojcowską tworzą niemałą rubrykę. Szczęściem fenomenalny ten chłopczyk nie daje się szukać jak szpilka, o obecności bowiem jego i pomyślnym stanie zdrowia świadczy krzyk dwu dziewczynek, które w tej chwili przewrócił. Na domiar złego strapiona matka ze smutkiem spostrzega, że Staś ukrył się wprawdzie w trawę, ale nie z powodu wyrzutów sumienia, lecz dlatego aby schowany przed okiem starszych mógł jeść szczaw!..
 
Od chińskiej altanki goście zwiedzający ogród puszczają się zwykle drogą dolną wzdłuż lachy. My zrobimy inaczej: powrócimy do angielskich schodów i wejdziemy na górę łagodnie pochyloną ścieżką, która biegnie na prawo. Droga biegnie początkowo wprost, później rozwidla się. Wybieramy lewą jej odnogę i tuż pod ścianą pałacu wchodzimy do najbardziej ucywilizowanej alei.
Dziś jest tu dosyć cicho i chędogo. Trawniki po obu stronach, za nimi klomby, a na prawo kilka czubatych jodeł, które, skądkolwiek spojrzeć na nie, wyglądają tak, jakby otwierały do uścisku swoje kudłate ramiona.
Jest południe, dzień gorący, ogarnia nas znużenie... siadamy na ławce.
Przywykły do miasta człowiek z trudnością wchodzi w zażyłość z naturą.


Tam znał wszystko: powybijane chodniki i zasłaniające niebo domy ciężkie o barwach wyblakłych, czerwone nosy dorożkarzy i łoskot ich powozów, pył, który mu życie wyjada i rozgorączkowane tłumy pędzące korytami ulic jak mętna rzeka w czasie przyboru.
 
 
Tu zaś wszystko nowe tak dalece, że przez długi czas nie umie zdać sobie sprawy z kształtów, niepokoi się ciszą, na odgłos szmeru chwyta ręką za kieszeń. Zamiast brukowców widzi trawniki, zamiast gmachów-klomby, zamiast ludzi, których życie miejskie wyrzuca rano z łóżek, w dzień poniewiera po ulicach, a w nocy ze snu budzi-spotyka roje niefrasobliwych ptaków i balet chudych koników polnych.
 
Oddycha też swobodniej, nie potrzebując z tłumem suchotników walczyć o kroplę powietrza.W całej masie ziemi, nie tylko w duchu ludzkim istnieje pociąg do otaczającej nas nieskończoności. W dzieciństwie świata ku słońcu i gwiazdom dźwigały się łańcuchy gór; dziś w epoce starości, w tym samym kierunku wznoszą się lasy i klomby.
 
Oto i ten był kiedyś równiną, na którą uprzejmy wiatr, ptastwo i ręka ludzka rzuciły nasiona drzew. W roku następnym tchnienie ziemi wyparło ku niebu pierwsze gałązki i odtąd cal po calu wznosi się ciżba ich podobna dziś do wzgórza.
 
Trudno opisać, ile fantazji tkwi w budowie dźwigniętej ciężką pracą kilkudziesięciu drzew i krzaków. Jakie tam dziwne szczyty, lubieżnie zaokrąglone spadki, w których nagle ukazuje się snop światła tysiącem tonów odbijający się w każdym załamku i krzywiźnie.
 
Klomb jest czymś środkującym między pasmem gór i obłokiem, jak obłok środkuje między rzeczywistością i marzeniem. Z dalą patrząc na kępę drzew, widzisz zieleń zbitą, formy ściśle określone, jakby wykute w kamieniu. Zbliżasz się o kilka kroków i otóż nowa skała rozpłynęła się w coś na kształt muślinu, formy poprzednie znikły, a miejsce ich zajęły widoki nowe.
 
I tak coraz dalej i dalej jak w kalejdoskopie albo śnie gorączkowym, kiedy gaśnie dziesięć obrazów w tym czasie, gdy na próżno usiłujesz zapamiętać jeden.
 
Człowiek z drzewami stanowi doskonałą harmonią. One go żywią zwykle bez ujmy dla siebie, a co ważniejsza: pomagają oddychać. Podczas gdy cały świat zwierzęcy co chwilę pochłania masy tlenu wyrzucając z siebie truciznę-kwas węglany, rośliny pochłaniają kwas węglany i rozkładają go, aby zwrócić tlen atmosferze. Dlatego tak nas przytłacza miasto pełne kwasu węglanego i tak dobrze jest w lesie, gdzie wszyscy jego mieszkańcy wyścigają się w służeniu nam, a nikt nas nie wyzyskuje.
 
Tłum wrażeń zewnętrznych, spadających na nas w mieście, mąci duszę i robi ją podobną do głębiny rozkołysanej przez burzę. Zamykasz się, zatykasz uszy, wszystko na nic! na dnie zostaje odmęt. Każdy fakt (a ileż ich jest!) zamiast "podrażniać ośrodki nerwowe", jak mówi fizjologia, rani tylko mózg, który aby zabliźnić się, innego otoczenia i dłuższego wymaga spoczynku.
 
W końcu, gorycz napełnia cię po źrenice. Widzisz świat w kanwach czarnych, powietrze dusi cię i wysusza, hałas torturuje. Przyjaciele obojętnieją, w twarzach obcych upatrujesz zdradę, a serca nikczemne olbrzymieją ci w oczach tak, że zdaje ci się, iż podłość wyciekająca z nich, wkrótce napełni wszystkie rynsztoki i ulice miasta. O, jakże miło uciekłszy z podobnych zaduchów ocknąć się pod tym klombem, gdzie nic nie przypomina dni wczorajszych. Duch ucisza się, fale jego opadają i rozlewają się w jedno wielkie, spokojne zwierciadło, w którym przegląda się niebo, drzewa i ten oto motyl kołyszący się na białych skrzydłach...



Na końcu alei, za dwiema starymi lipami, widać kratę z żelaznych włóczni i szerokie piaskowcowe schody, a na szczycie ich małą okrągłą wieżę otoczoną wieńcem tęgich kamiennych słupów, na których wspiera się dach półkulisty. Jest to Sybilla. Niegdyś była ona świątynią historycznych pamiątek.
 
Tu leżały berła i korony królów, klejnoty królowych, buławy wodzów, zbroje rycerstwa. Dziś nie ma nic. Podróżni nie obeznani z historią Puław co najwyżej zachwycają się piękną i dziwną formą Sybilli, nazywając ją niekiedy gotyckim domkiem, z którym nie ma nic wspólnego. Gdy kratą otwarta, wejść można na schody Sybilli i okrążyć ją dokoła po ganeczku, między wieżą i kolumnami zawartym.
 
Z ganku tego dopiero ocenia się prawdziwą wysokość gmachu, który dźwignięto z przepaści na trzydzieści kilka stóp głębokiej. Do podnóża jego tuli się kilka ogromnych głazów narzutowych, całość otaczają wielkie i gęste drzewa, pomiędzy gałęźmi błyszczy jasna powierzchnia łachy.
 
 
 
 
Jeszcze przed dziesięcioma laty nade drzwiami Sybilli istniał napis PRZESZŁOŚĆ-PRZYSZŁOŚCI, z którego i śladu nie zostało. Dziwnie sprawiedliwa logika faktów! boć przeszłość nie zostawia przyszłości pustek, z których nawet pająk ucieka.
 
Pod salą górną znajduje się dolna, gdzie złożono resztki gruzów, które niegdyś domek gotycki zdobiły. Drzwi w niej wysokie, żelazne, u dołu nadłamane przez ciekawych; trochę mroku wpada przez wąziutkie okienka; prostokątne słupy, wewnątrz stojące, mają pozór pomników, echo stąpań jękliwie rozlega się w atmosferze wilgotnej, grobowej.
 
 
Wchodzi się tu tylko przypadkiem, wychodzi z głębokim smutkiem. W nocy, widziany z dołu, gmach ten wygląda jak olbrzymia korona. Niebieskawy blask księżyca ledwie przeciska się między czarnymi konarami drzew i nie znajdując okna, które by go przyjęło, ucieka odepchnięty przez kamienną ścianę wieży, połamany przez ogromne cienie kolumn, które zdają się mówić: tu nie wejdziesz!...
 
Choć już wrzesień, między krzakami iskrzą się świętojańskie robaczki niby echo gwiazd rozrzuconych dokoła tajemniczej budowli, której sylwetka na ćwierci nieba czernieje. Na drzewach liście obwisły, marzą ptaki schowawszy głowy pod skrzydła, wiatr zatrzymał się gdzieś między obłokami i tylko śpiąca ziemia owiewa nas ciepłym, ledwie dającym się wyczuć oddechem. Jest to chwila posępna, w której duchy mają zwyczaj gromadzić się około miejsc, gdzie były przedmioty używane przez nich za życia ...
 
Uciekasz stąd lękając się
usłyszeć westchnień umarłych albo między kolumnami ujrzeć na ganku lśniącą broń szyldwacha, który pilnuje pustek..
 
Na prawo od Sybilli, obok cienkiej, żelaznej poręczy stoi kilka ław piaskowcowych, na lewo ciągnie się inna aleja niby pasaż uformowany z lip, którym kunszt ogrodniczy powyginał wierzchołki. Cienia tu tyle co w piwnicy, a gości sporo, niektórzy bowiem lubują się tym zakątkiem. Rodzicom, którzy z wielką sztuką wychowują dzieci i w ogóle wszystkim, którzy radzi by naturę ludzką urabiać wedle swego widzenia rzeczy, nagiąć do swoich ideałów czy urojeń, radzę, aby uważniej rozpatrzyli się w tej alei.
 
Drzewa jej prawda że powyginały się jak im kazano, ale jakież są nędzne! Kiedy każda inna lipa rosnąca swobodnie tyje jak szafarka i ugina się pod brzemieniem liści i kwiatów, te biedaki mają pnie cienkie, konarów niewiele, liści tyle co włosów na łysej głowie i pełno chorobliwych narośli. Są to uosobienia . rozmaitych blednie, skrufułów, angielskich chorób i innych przypadłości trapiących wygorsetowany ród ludzki. A jak się robaki prędko mnożą, jak łatwo próchnieje takie biedactwo!..
 
Właśnie obok tego szpitala roślin, na lewo, stoi gotycki domek rzucający się w oczy przede wszystkim czerwoną barwą. Budyneczek to niewielki, lecz z każdej strony inakszy i ślicznie wygląda. Z dwu stron otacza go podsień przykryta dachem wspartym na kolumnach tworzących ostrołuki, z trzeciej balkon na sześciu słupach prostych.
 
Okna i drzwi prawie wszystkie w stylu gotyckim. Mam właśnie przed oczyma książkę pt. "Poczet pamiątek zachowanych w domu gotyckim", która świadczy, że jeszcze w roku 1828 pałacyk ten stanowił muzeum historyczne, ogólnie ludzkie. Pamiątki dzieliły się na dwie kategorie: jedne wmurowane były w zewnętrzne ściany budynku, drugie znajdowały się w komnatach.
 
 
Szczątki znakomitych gmachów, płaskorzeźby, urny, pomniki grobowe, kule z rozmaitych placów bitew, kamienie ze sławnych miejscowości przytwierdzano do ścian zewnętrznych jak muszle do ozdobnej szkatułki.
 
Portrety zaś, rękopisma i listy tudzież inne pamiątki po ludziach znakomitych, zbroje, wyroby dawniejszej sztuki i przemysłu, narzędzia ludów dzikich i tym podobne osobliwsze lub kosztowniejsze szczegóły umieszczano w pokojach.
 
Rzeczywiście, kto by obszedł oryginalny ten domek i dowiadywał się bliższych rzeczy o wspomnianych osobach lub miejscach, niewątpliwie lepiej nauczyłby się historii aniżeli z kursów gimnazjalnych. Tu była cząstka drzewa posadzonego przez Szekspira - a kto ten Szekspir? ... czym on handlował? ... Ówdzie kamyk z więzienia Tassa - a czym się trudnił Tasso i za co był więziony? ... Tam chleb i płótno z Pompei - cóż znowu za Pompeja? ... Gdzie indziej ułamek z grobu Łokietka - a co to za ptak ten Łokietek? ...
 
 
Proszę pamiętać, że było z górą 1500 numerów podobnych osobliwości, jeżeli nie więcej, i proszę zapytać, o ilu się to rzeczach przy okazji dowiadywało! Prawie przez pół wieku domek gotycki wewnątrz stał pustkami, ale za to od dziesięciu lat stracił nawet zewnętrzne ozdoby. Wydarto je, pogruchotano i wyrzucono jak śmiecie: lawę wezuwiuszową, starorzymskie dzbany, cegły z Bastylii, kawałki skały Tarpejskiej, nagrobek Adama Kochanowskiego, kule spod Wiednia, Raszyna et cetera.
 
Dwie aleje, to jest jedna prowadząca do Sybilli i druga pogięta, są najruchliwsze i najludniejsze w ogrodzie. Tu dziewczynki (zupełnie jak u nas) biegają za obręczami lub skaczą przez sznurki.Tu na kamiennych albo drewnianych ławach gromadził się zwykle bukiet dam otoczony płotkiem mężczyzn. Tu młode panny i przyfastrygowani do nich kawalerowie puszczali się niekiedy (pod okiem starszych) na pełną wdzięku grę w cerceau, przy czym płeć męska uwielbiała często dość problematyczną zręczność żeńskiej, żeńska tolerowała niezgrabność męskiej, wszyscy zaś okazywali sobie bardzo dużo niezbędnej pobłażliwości. Tu wreszcie samotnicy lub samotnice, pozbawione towarzystwa wielbicieli swych słodkich przymiotów, wystawiwszy grzbiet na dobroczynne wpływy piękności natury tonęli w bibulastym świecie romansów.
 
 
 
Na końcu alei z wywichniętymi członkami widać gmach biały, ozdobiony posągiem jakiegoś młodzieńca w negliżu klasycznym. Budynek ten to oranżeria, do której dostać się można tylko przez... zamkniętą bramę, po murowanym łukowym mostku przeskakującym wąwozik zwany Głęboką Drogą.
 
 
Ponieważ wrota szczelnie są zawarte, płeć nadobna więc koniecznie chce zwiedzić oranżerią. Prastare dzieje zakazanego owocu! Pragnąc ukoić niecierpliwość dam, jeden z młodych ludzi opowiada wzruszającą historią, jakby z ballady Szyllera wystrzyżoną.
 
 
Kiedyś (ja nie wiem kiedy!) przez mostek ten (na półtora piętra nad bruk wzniesiony) przechodził jakiś hrabia w towarzystwie cudnej hrabianki. O czym mówili? któż zgadnie, dość że na środku mostu (punkt najwyższy) piękna hrabianka upuszcza chusteczkę do nosa nad Głęboką Drogę...(Chwila milczenia, młody bowiem człowiek zna efekta antraktów).
 
 
- I cóż?... i cóż? ? pytają damy. - Hrabia skoczył za chustką! -konkluduje młody człowiek kładąc (jako rzetelny demokrata) akcent goryczy na wyrazie: "hrabia". Śliczne towarzyszki nasze spod ciemnych rzęs obrzucają wzrokiem stojących obok mężczyzn. Najmłodsi mierzą spojrzeniem wysokość mostu, dorośli cofają się w tył, prawdopodobnie dlatego, aby dać miejsce do rozmachu temu, który by za wyrzuconą chusteczką chciał skoczyć w wąwóz.
 
Tempora mutantur et nos mutamur in illis! Piękna to rzecz zaprawdę! skoczyć za chusteczką z piętrowej wysokości (z ilu by to pięter obowiązany był skoczyć człowiek, gdyby mu na przykład tuzin obrusów rzucono?...) piękna to rzecz, lecz i... niezdrowa!
 
 
Szczęściem znajomość anatomii chroni nas od podobnych nadużyć. Skoczysz, rękę albo nogę złamiesz, a może ci jeszcze co w krzyżu pęknie? Miły interes, dla połysku czarnych lub niebieskich oczu dostać się do szpitala, ulegać nastawianiu członków, smarowaniu i w końcu - wózkiem do śmierci jeździć na koszt przytułku dla osób dotkniętych paraliżem!
 
 
Ach! niezbyt dawno jeszcze jakiś inny był świat. Ludzie młodzi nie umieli anatomii, za jeden uśmiech gotowi byli skakać z pieca na łeb i w ogóle posiadali jakieś twardsze kości. Za to my mamy rozwagę. Panie żałują puszczać chustek na bruk, ażeby się nie powalały, a młodzież zna cenę swego karku i nie narazi go nawet dla sztuki żyrardowskiego płótna. Chociaż - dajcie pokój! widziałem ja i takich, którzy potrafiliby skoczyć za chustką, byle, nie każdą i - w potrzebie tej - rozbić się na maślankę.
 
Od tego punktu radzę skręcić na lewo i posuwać się wzdłuż muru. O kilkanaście kroków za mostkiem stoi wspaniała niegdyś brama wjazdowa, o murowanych słupach, rzeźbionych kapitelach.
 
 
Dziś między słupami jej szarzeją wiecznie zamknięte wrota, droga trawą i krzaczkami zarasta, a z walącego się kapitelu wyskakuje jakieś kilkoletnie drzewko niby posłaniec ogrodu, który wygląda, czy znowu kiedy nie zajadą goście w te strony...
 
 
Jest to już dzika część parku. Drzew tak pełno, że trudno uchwycić indywidualność każdego. Tu klony walczą o miejsce z lipami, brzoza ze świerkiem, siwa sokora z krzakami bzu lub wilczym łykiem. Aż ciemno, taki natłok, aż gdzieś w kącie ptak narzeka, że zgubił drogę do gniazda.
 
 
 
 
 
Wiemy, że Sybilla i pałac Instytutu stoją na wzgórzu, które nagle spada ku łasze. Otóż najciekawsza część spadku mieści się na przestrzeni między obu tymi gmachami zawartej.Od frontu pałacu, z tej właśnie górki, skąd widać część łachy i placyk niegdyś Tankreda, idziemy nie tą dróżką, co do głównej alei prowadzi, ale wprost, a potem pierwszą drogą na prawo.
 
 
Ścieżyna ta pochyla się łagodnie i ginie w obłoku liści. Przebiegłszy kilkanaście kroków skręca się nagle i znowu pochyło na takiej samej przestrzeni biegnie do nowego zakrętu i nowej ścieżki spadzistej. Są to tak zwane Drogi Pochyłe, które dziś przechrzcił ktoś na Schody Achillesa.
 
 
Dróżki te dosięgają poziomu ogrodu dolnego i tworzą gzygzak formy , złożony z siedmiu czy ośmiu kawałków. Ponieważ podobny system ścieżek łatwo by się obsypał i zniszczył, utrwalono je więc ongi za pomocą podmurowania. Kiedyś musiało to być miejsce otwarte, dziś pną się tam kilku i kilkunastoletnie drzewka, nie licząc krzaków.
 
Stare cegły okrywa pleśń, miejsce spajającego wapna zajął mech, trawa i inne zielska o więcej lub mniej demokratycznych nazwach.
 
 
Ziemny nasyp ryją krety, na ile im sił starczy, po kamykach suną pełne filozoficznego ducha ślimaki. W cichy, pogodny dzień ustronie to należy do najpiękniejszych. Jesteś tu jakby pogrążony w chmurze, składającej się zamiast z pęcherzyków pary, z liści rozmaitej formy. Nie spłoszone ptaki kwilą, gwiżdżą, zapytują lub kłócą się w językach przypominających szczebioty niemowląt.
 
Wtóruje im nieustanny brzęk różnej, wielkości muszek jęczących niby metalowe struny arfy-plusk kaczki w wodzie i tysiące innych szelestów, których przyczyny ani miejsca nie podobna oznaczyć.
 
 
To natura rozmawia. Liść donosi liściowi, że potrąci! go jakiś skrzydlaty furfant-szumią konary w braterskich uściskach wiatru i z rozpaczliwym, choć ledwie dosłyszanym trzaskiem boleje nad sobą martwa, opadła gałązka przed pochyloną i żółkniejącą trawką.
 
A tam znowu bezimienne ziele jakieś cichym drżeniem donosi o swoim na świat przyjściu i chwieją się podobne do kaczej stopy liście klonu niby klawisze niewidzialną dotykane ręką. Tylko samotny, nadąsany grzyb milczy, troskliwie zasłaniając żółtym kapeluszem domowe sprawy.
 
 
Z każdego kamyka, grudki ziemi, liścia, owadu i ptaka wylewają się kaskadą promienie nieśmiertelnego, wiecznie jędrnego ducha świata. Pewny jesteś, że czy opuści źdźbło trawy, czy huśtającego się na niej komara, czy twe własne przepełnione nim serce, czy całą w końcu planetę, żyć będzie zawsze ten sam, choć w innych formach i okolicach przestrzeni!
 
Świat jest gmachem, którego styl, plan i cel istnienia odgadnąć się da tylko przez ogarnięcie całości. I któż nam winien, że nie dostrzegamy ogółu zagrzebani w rumowisku pojedynczych cegieł?
 
Od dolnego kresu Pochyłych Dróg w stronę Sybilli wiodą dwie ścieżki: jedna nad samą łachą, druga na spadku wzgórza. Przy tej ostatniej, wznoszącej się, leżą groty.
 
 
Pełni gustu twórcy puławskiego ogrodu dość wcześnie spostrzegli się, że okolicy tutejszej brakuje skał i piękności związanych z nimi. Aby choć w części zaradzić niedostatkowi, zgromadzili około Sybilli kilka olbrzymich głazów, a w stromym spadku wybudowali groty z opoki.
 
Groty owe, jeszcze przed kilkunastoma laty bezpiecznie zwiedzane, posiadały parę wejść. Droga w nich zginała się, podnosiła, opadała i rozwidlała na kilka gałązek, jedno czy dwa okrągłe okienka w połowie rozwalone i zielskiem zarosłe przepuszczały trochę wątpliwego światła.
 
 
Najniższym punktem grot była kaplica wielkości sporego salonu, na piętro głęboka. Jedyną jej ozdobę stanowiły ławy kamienne konstrukcją przypominające czasy Pelazgów. W podziemiach tych odbywały się za księstwa Czartoryskich świetne przyjęcia i zabawy. Dziś skutkiem wieloletniego wpływu wilgoci opoka zmiękła i poczyna się kruszyć; wielkie kamienie i całe stosy ich odpadają z sufitu i ścian na klepisko korytarzy. Wejścia przed dziesięcioma laty zasypano, a potem znowu odgrzebano, skutkiem czego groty zrobiły się podobnymi nieco do kryjówek zbójeckich lub do rozwalonej kopalni kamienia wapiennego.
 
 
Wiedząc, jak pieczary te wyglądały przed 20 laty, uważam, że spacery po nich dziś są trochę niebezpieczne. Zapewne, kogo ciekawość pali, może tam wejść, byle nie robił zbytniego hałasu i zostawił jakiego przyjaciela zewnątrz na straży. Trafiwszy bowiem na złą godzinę, może być zabitym, a co gorsza żywcem zamurowanym.
 
Gawędy o wielkich rozgałęzieniach tych piwnic, o połączeniu ich z Kazimierzem nie mają żadnej podstawy. Spadek wzgórza, w którym pomieszczone są groty, tworzy miejscowość romantyczną i dziką, naturalnie w miniaturze. Droga biegnie pod ścianą prawie pionową ziemi sypkiej, nad przepaścią także pionową i sypką. Szkoda tylko, że i ściana, i przepaść mają zaledwie po kilkanaście stóp wysokości i pozwalają wchodzić, schodzić ze siebie równymi nogami, największe zaś niebezpieczeństwo ich polega na tym, że można surdut powalać.   
 
Z końca drogi tej jest ładny widok na Sybillę, która spoza klombów ukazuje się nagle w całej wysokości. Niemniej ciekawą jest droga dolna. Ciągnie się ona pomiędzy ogromnymi drzewami, mając na prawo łachę, na lewo groty. Gdzie ze wzgórza osypała się ziemia, widać nagie korzenie powyginane jak węże idące szukać żeru.
 
 
 Jeden z nich spotkawszy na drodze kamień, ścisnął go odnogami jak jeździec cwałującego konia.
 
W innym miejscu runęło olbrzymie drzewo, na którego pniu, przynajmniej ze cztery łokcie grubym, rosną bujne zioła, a nawet parę młodziutkich akacji..W tym miejscu, gdzie się kończą groty, stoją jeszcze ceglane zwaliska małego domku pustelnika. Za czasów książąt mieszkał tu podobno jakiś odludek, etatowy pustelnik, którego bogobojność polegała na karmieniu i pilnowaniu łabędzi pływających po łasze.
 
Od tego punktu na przestrzeni kilkudziesięciu kroków ciągnie się mur podpierający wzgórze. Na nim przed dziesięcioma laty znajdowały się wyglądające spośród drzew tablice, pamiątkowe na cześć Karpińskiego, Kniaźnina, Woronicza i innych znakomitości tej epoki. O Piramowiczu powiedziano tam: Nie straszył gniewnym Panem, mówił o łaskawym, Kreślił Boga, którego nosił w sercu prawym. Nie jestem pewny, czy dziś tablicami owymi nie wybrukowano jakiej obory lub stajni.
 
Wszystkie dróżki, biegnące od strony Sybilli, chińskiej altany i alei pogiętej, schodzą się na moście kamiennym rzuconym przez płytki i dość brudno wyglądający wąwozik.
 
 
 
 
 
 
 
O kilkanaście kroków za nim widać już mur obwodowy, a przy drodze wiodącej do lachy-wyschły i walący się wodozbiór czy wodotrysk w formie kwadratowej kolumny, obok której stoi piaskowcowa wanna.
 
Przez wykutą w murze furtkę wychodzi się na obszerny dziedziniec pałacyku marynkowskiego. Niewielki on jest, ale bardzo ładny, szczególniej od strony łachy.
 
 
 Kiedyś wnętrze jego zdobiły stiukowe ściany, mahoniowe wysokie drzwi, kominki z kararyjskiego marmuru, nie licząc ruchomych szczegółów. Później jednak został straszliwie zaniedbany i począł chylić się do zupełnej ruiny. W bocznych pokojach mieszkali stróże i ich dobytek, sala główna była podobną do obory; szczęściem Instytut zajął pałacyk na mieszkania dla ubogich studentów i tym sposobem uchronił go od zagłady. Ustronie to i dziś jest malownicze.
 
 
Ma z prawej strony ogród, z lewej budynki folwarczne i grupę kilkudziesięciu sosen, z frontu dziedziniec, a z tyłu łachę i piękny gaj na kępie. Jedna tylko rzecz szpeci uroczy ten obraz, a mianowicie energiczna woń panująca w kącie przyległym ogrodowi, dzięki której sielanka przemienia się w kordegardę.
 
 
Nad pałacem marynkowskim stał niegdyś napis: "Iste terrarum mihi praeter omnes angulum videt". Zmazano go prawdopodobnie z uwagi, iż tak mocno pachnący i odrapany zakątek nie może podobać się bardziej niż wszelkie inne.  
 
 
 
Logika faktów jest tak potężną, że ulega jej nawet nierozum ludzki! Wesołe towarzystwo warszawskie w pogoni za zabawą docierało aż do tej miejscowości. Tu ciekawsza połowa rodu ludzkiego oglądała salony zapełnione skromnymi mebelkami studentów, rozważni pili wodę, jakiej w Puławach nie dostać! dzieci rwały się do czółna. Pływackie ich popędy zaraziły ogół: wszyscy chcieli pływać i około dwudziestu osób wpakowało się od razu na czółenko ledwie starczące dla dziesięciu. Naturalnie przeproszono ich, a entuzjazm gorętszych ostudzono za pomocą uwagi, że łacha jest dość głęboka. Towarzystwo podzieliło się na dwie partie: jedni usiedli w czółnie, drudzy na brzegu, ochocza młodzież pochwyciła za wiosła.
 
 
Dno łachy pokryte jest lasem roślin najrozmaitszych form i wielkości. Lilie wodne wypływają na powierzchnią, inne ledwie dosięgają zwierciadła wody, jeszcze inne kryją się w głębi. Wpatrzywszy się, osobliwie przy dniu pogodnym, widzisz mnóstwo istot zielonawo oliwkowego koloru, tworzących jakieś różańce z kosmatymi paciorkami, to znowu coś na kształt trawy, pokrzyw, kaktusów.
 
Widzisz wysokie rośliny pojedyncze, wybijające się jak sosna nad krzakami leszczyny, to znowu klomby ich gęste i pomotane, to znowu całe trawniki i łąki. Między tym wszystkim mkną stada rybek mniejszych i większych, ilością przypominających roje pszczół lub komarów. Tu i ówdzie nad gładką powierzchnią wody wyskakuje jakiś przedmiot o srebrnym połysku: jest to płotka usiłująca schwycić w lot owada.
 
 
Przechodząc wzdłuż brzegu płoszysz stada żab, które skaczą na wielkie mety piersiami, bokiem lub zgolą na wznak, a zawsze z zafrasowanymi minami. Niekiedy między trawą przesuwa się w licznych skrętach upstrzony złotymi plamami wąż wodny, którego błyskawiczne ruchy i czarny widełkowaty język przyprawia damy o spazmy. Ślimaków także nie brak, pływają zawieszone w wodzie w swych zwiniętych i opatrzonych klapą skorupach.Ponad tą szóstą częścią świata rojącą się wszelakiego rodzaju życiem unosi się łódź pełna ludzi wesołych. Damy śmieją się lub śpiewają, dzieci usiłują gwałtem zbadać dno łachy, z wioślarzy ciekną strumienie potu, a młody sternik bawi się w robienie grzeczności paniom.
 
Czy podobna zachwycać się pięknościami natury, myśląc o tym, kogo pierwej należy wyciągać, jeżeli się czółno wywróci? Tak w najogólniejszych zarysach wygląda ogród puławski.
 
 

====================================================================================
I tak oto na mostku nad łachą wiślaną za Pałacem Marynki skończyliśmy spacer z Bolesławem Prusem po Parku Czartoryskich w Puławach opublikowany w 1875 roku w Kurierze Warszawskim w zbiorze felietonów i reportaży pisanych przez pisarza podczas jego licznych wędrówek po kraju.
 
 
Powrót do strony głównej:  STRONA GŁÓWNA 
 
Fotorelacja z mojego pobytu w parku:   >Puławy - park Czartoryskich.